Powódź to chyba wystarczający powód…

No cóż… Pierwszy rok studencki zbliża się wielkimi krokami. Stres i radość walczą wewnątrz mnie, prowadząc grę, której zasady nie zostały mi przedstawione. Jestem niczym Dr Jekyll i Mr Hyde. W jednym momencie radość bierze górę, rozpierając mnie dumą, bo wszystko się udało i pierwszy cel został osiągnięty. W następnej chwili to stres wygrywa. Obawy czy dobrze wszystko przemyślałam i czy dam radę.

Dziś dzień, który jest odpowiednikiem polskiego rozpoczęcia roku szkolnego. Kilka mini wykładów przygotowujących do rozpoczęcia studiów, itp. Obecność obowiązkowa. Poranna pobudka nie była jedną z najprzyjemniejszych. Za oknem lekka szarówka, nieborain-863339_640 zachmurzone i wspaniały angielski deszcz padający z szarych chmur na szare ulice. O tak! „Wymarzona” pogoda.

O 8.45 zadzwoniłam po taksówkę. Po minucie oczekiwania znudzony męski głos odezwał się w słuchawce. Zamówiłam taksówkę, podając adres. W odpowiedzi usłyszałam, że przez najbliższą godzinę nie są w stanie wysłać do mnie żadnej taksówki. Zdziwiona podziękowałam i rozłączyłam się. Zadzwoniłam pod dwa następne numery znanych w mieście korporacji ale tam odpowiedź była podobna. Niepokój narastał. Wyszukałam w internecie wszystkie firmy dowozowe i zaczęłam dzwonić pod każdy z listy. Czas nieubłaganie płynął. Pociąg odjeżdżał o 9.30. Plułam sobie w brodę, że nie zamówiłam taksówki godzinę wcześniej, by przyjechała na konkretna godzinę, podczas gdy kolejne korporacje informowały mnie, że nie maja dostępnych taksówek. „Co się dzieje do jasnej anielki?” przeszło mi przez myśl.

Wstał S. Opowiedziałam mu co się dzieje. Razem zaczęliśmy przeszukiwać strony z wiadomościami. Nic a nic. I z pomocą przyszedł… Facebook. Tak! „Najwspanialsze źródło informacji”. Główna droga szybkiego ruchu przebiegająca przez moje miasto została zalana, a w ostateczności zamknięta. Nagłówek brzmiał „Powódź na A66″. Tego jeszcze nie było. Nie mając innego wyboru postanowiłam poinformować Uniwersytet, że powódź pokrzyżowała moje plany i nie mogę się pojawić na obowiązkowych mini wykładach. Zadzwoniłam na infolinię i ze stoickim spokojem wyjaśniłam bardzo miłemu panu co się stało. W odpowiedzi stwierdził, że powódź to chyba wystarczający powód mojej nieobecności i mój opiekun powinien to zrozumieć. Nastąpiła chwila ciszy, podczas której próbowałam pozbierać moją szczękę z podłogi. Po tej „krótkiej” chwili pan zmienił zdanie i stwierdził że powódź to definitywnie wystarczający powód mojej nieobecności i podziękował za poinformowanie uniwersytetu.

Sytuacja dość zabawna. Aczkolwiek komentarz S rozbroił mnie bardziej: „Trzeba było powiedzieć panu, że normalnie jesteś przygotowana na takie okazje i trzymasz łódkę na ogrodzie, jednak wczoraj odwiedziła cię ciocia i musiała czymś dzisiaj wrócić, pozbawiając cię środka transportu.”

Nie sądzę, że facet chciał być nieuprzejmy. Obstawiam raczej, że był równie zaskoczony moim wyjaśnieniem nieobecności, jak ja jego odpowiedzią.

W każdym razie czeka mnie prywatna sesja. A drogi w kierunku centrum miasta, gdzie apple-496981_640miałam się udać na pociąg, stały się przejezdne dopiero około 11.30. Cudowny dzień.

Tak oto mój szary dzień, z szarymi chmurami i szarymi ulicami nabrał koloru po jednym telefonie. Jak niewiele czasem potrzeba by się uśmiechnąć :)

Zobacz człowieka w człowieku

empatia

1. «umiejętność wczuwania się w stan wewnętrzny drugiej osoby»

2. «przypisywanie komuś własnych odczuć w danej sytuacji»

 

znieczulica

1. «brak wrażliwości na cierpienia, potrzeby, odczucia innych»

                                                                                          (sjp.pwn.pl)
Opowiem Wam moi drodzy pewną historię:
Starsza kobieta spaceruje po jednym z marketów samoobsługowych robiąc zakupy. W dziale z warzywami i owocami, przechadzając się alejką, nagle przewraca się i traci przytomność. Gdy odzyskuje świadomość i przypomina sobie co się stało, zaczyna rozglądać się wokół. Ludzie zachowują się normalnie. Jakaś rozgadana para mija ją, nawet nie zerkając. Niedaleko jej stopy leży liść kapusty – sprawca jej upadku. Kobieta próbuje się podnieść, jednak silny ból w nodze nie pozwala jej na to. Zaczyna prosić mijające osoby o pomoc. Ludzie jakby nagle ogłuchli. Staruszka nie wiedząc co ma zrobić, zaczyna krzyczeć. Po kilku minutach znudzona kierowniczka działu podchodzi zapytać czy coś się stało. Pomaga kobiecie stanąć na nogi i prowadzi ją na zaplecze, gdzie staruszka po raz kolejny traci przytomność. Wystraszone pracownice dzwonią po pogotowie. Cała historia kończy się jedynie pękniętą kością i utratą resztek wiary w ludzi, jaka jej jeszcze pozostała.
Przytoczona historia miała miejsce 7 miesięcy temu, ale myślę, że nie tylko ta
bear-683956_640
kobieta może się „pochwalić” tego typu doświadczeniami. Zapracowani, zajęci swoimi sprawami i zapatrzeni tylko w siebie nie zauważamy (lub nie chcemy zauważać) drugiego człowieka. Wielu z nas mijając takich ludzi myśli: „no cóż to nie moja sprawa”. Ta przykładowa staruszka to czyjaś babcia, mama, żona. Co by było, gdyby spotkało to waszego bliskiego? Jaka byłaby wtedy reakcja? Też minęlibyśmy tą osobę nie zauważając jej; myśląc to nie moja sprawa?
Czy naprawdę dzisiejszy świat tak bardzo zatracił się w gonitwie za pieniądzem i
w braku widzenia czegokolwiek poza koniuszkiem własnego nosa, że zapominamy o drugim człowieku? Czy tak wiele kosztuje pomoc drugiemu człowiekowi? Akty miłosierdzia lub pomocy w dzisiejszych czasach opisywane są niczym wielkie bohaterstwo. Co jakiś czas (jednak nie tak często) znajdujemy w sieci artykuły, wpisy na blogach lub Facebook`u, w których ludzie opisują swoją lub czyjąś pomoc starszej lub biednej osobie, w postaci chociażby zrobienia zakupów. Jest to następnie rozpowszechniane na portalach społecznościowych i komentowane. W ostateczności człowiek, który tego dokonał uznawany jest za wielkiego bohatera.
Dobrze, że takie czyny mają jeszcze miejsce, ale czy nie powinno być to na
porządku dziennym? Nie bohaterski czyn, ale ludzkie zachowanie jednego człowieka wobec drugiego…

Geniusz finansowej piramidy, czyli jak ukraść 65 mld dolarów?

Blokada pisarska to najgorsza rzecz, jaka się może zdarzyć. Uwielbiam pisać, ale jak tu pisać, kiedy nawet nie wiesz o czym. Obejrzałam dzisiaj film dokumentalny i pomyślałam, że to jest właśnie to! Koniec mojej blokady! I tak właśnie powstaje ten wpis :)

Zastanawiacie się pewnie czasem, jak to jest być bogatym. Wielu ma pewnie niezliczone pomysły na to, jak zarobić miliony. Inni twierdzą, że pierwszy milion trzeba ukraść, a później pójdzie już z górki. opowiem wam jednak historię, który pierwsze pieniądze zarobił uczciwie, a gdy już się rozkręcił, zaczął kraść miliony, a raczej miliardy…  

Przeczytajcie historię mieszkańca Nowego Jorku, który został okrzyknięty mistrzowskim oszustem. Nie do końca zgodzę się z tym mianem, a dlaczego dowiecie się jak przeczytacie całość (takie małe naciągactwo z mojej strony). Możecie też zjechać na koniec wpisu, ale po co? :-) A oto jego historia.

Bernard Lawrence Madoff pochodził z żydowskiej rodziny i urodził się w największej nowojoworskiej dzielnicy – Queens. Prawdopodobnie jeszcze jako student, pracując w wakacje, odłożył pieniądze, za które, jako 22-latek, otworzył własną firmę. Po 10 latach była warta 100 tys. dolarów, a w 2000 roku już 300 mld dolarów. Była to firma inwestycyjna. Latami wyrabiał sobie szacunek i zdobywał zaufanie bogatych ludzi, zbierając coraz więcej inwestorów. Ale to tylko suche i nudne fakty. (Źródło informacji: 
http://www.bankier.pl/wiadomosc/Biografia-mistrzowskiego-oszusta-1927481.html
 ).

Tak więc wyobraźcie sobie człowieka pozbawionego sumienia, człowieka niezwykle inteligentnego, kogoś kto udaje przyjaciela przez lata, a w tajemnicy żyje za wasze pieniądze. Najzwyczajniej w świecie was okrada. Kogoś, kto przy pierwszym spotkaniu wydaję się być miłym człowiekiem, współczującym i chętnym by wam pomóc obiecując zyski z zainwestowanych pieniędzy, bez jakiegokolwiek ryzyka. Dodatkowo znajomi wypowiadają się o nim jak najlepiej. Ba! Sami zainwestowali i z roku na rok ich oszczędności rosną. Czy to nie raj Eden?

 My, ludzie ciężko pracujący na każdy grosz (lub pens) pomyślelibyśmy, że to nie możliwe. Coś jest z tym nie tak (pomijając oczywiście fakt tego, że nie stać by nas było us-dollars-84594_640inwestować – minimalna inwestycja wynosiła 10 mln USD!!). A jaki jest haczyk? Nawet człowiek, który ma mało wspólnego z giełdą, (tak jak ja) zastanowiłby się przez chwilę. Bo przecież jeśli chodzi o pieniądze nic nie jest pewne. Na giełdzie nie da się tylko zarabiać, często zdarzają się straty. Na to jednak znalazło się wyjaśnienie. Wielu przypuszczało, że jego tajemnica kryje się w tym, że posiada nielegalne informacje na temat firm i wykorzystuje je w inwestycjach. I to wystarczyło. Ludzie nie chcieli wiedzieć więcej. Bo czy to ważne jak wasze pieniądze zarabiają na was, gdy sami nie maczacie w tym palców? No cóż. Po prostu cudotwórca. 

W ostateczności, inwestor-cudotwórca żył wygodnie przez wiele lat z nieposzlakowaną opinią, wydając pieniądze naiwniaków, którzy mu przekazali często nawet kilkanaście milionów.  Jego cudowna passa trwała do 2008 roku i krachu na giełdzie. Wielu inwestorów postanowiło wycofać swoje pieniądze. Wtedy okazało się, że pieniędzy nie ma! O dziwo nikt nie poddawał w wątpliwość tego, iż finansista je ukradł. Nagle było to całkiem normalne. Tak jakby sami o tym cały czas wiedzieli, tylko nie chcieli dopuścić do świadomości. I tak wielu straciło całe majątki, na które pracowali (bardziej lub mniej legalnie) przez lata. Mardoff przyznał się do wszystkiego. Ukradł w sumie około 65 miliardów dolarów! Został aresztowany i skazany na (bagatela!) 150 lat więzienia.

Jaka była tajemnica jego, trwającego lata, sukcesu? Mardoff pozyskiwał klientów (firmy, instytucje, prywatnych inwestorów), którzy lokowali pieniądze u niego. W przypadku, gdy pieniądze trzeba było wypłacić, płacił z pieniędzy nowych inwestorów. Początkowo pieniądze były inwestowane w nieruchomości i papiery wartościowe, jednak przez ostatnie 13 lat trwania firmy nie było żadnych inwestycji. I to już cała tajemnica. Proste?

Dla zainteresowanych, proponuję obejrzeć film dokumentalny na youtube pod linkiem: 


https://www.youtube.com/watch?v=gHUvcfpoajo

 

Szczęście czymże ty jesteś?

Witajcie Kochani!

Święta, święta i po świętach. A przed nami sylwester. Szczerze mówiąc, mam mieszane uczucia co do tego święta, ale nic na to nie poradzę. Z jednej strony przyjemny czas, dobra zabawa w gronie znajomych i rodziny, a z drugiej, przypomnienie o tym jak nieubłaganie płynie czas i mija rok za rokiem. Ale nie o tym miało być :)

Nad moją głowę zawitały ciemne chmury… Jakiś dziwny depresyjny nastrój mnie opętał. Dość długą chwilę walczyłam sama ze sobą wewnętrznie, żeby odgonić paskudne myśli i w związku z tym zaczęłam zastanawiać się czym właściwie jest szczęście. Zastanawialiście się nad tym kiedyś?

Dla jednego szczęście to dobre i bliskie relacje z rodziną, dla drugiego spokój clovers-161400_640wewnętrzny, a dla innych to udana kariera albo zdrowe dzieci.

Największym problemem wielu ludzi jest brak umiejętności cieszenia się z tego co mają. Wszyscy wyznaczamy sobie cele i czasem dążąc do nich zapominamy o tym by cieszyć się z tego co mamy, z tego co już osiągnęliśmy. Zapominamy dokładnie o tym, że czasem bez posiadania milionów, bycia dyrektorem firmy lub wielu innych rzeczy, które chcemy posiadać lub osiągnąć możemy być szczęśliwi. Zapominamy o tym by cieszyć się po prostu z życia.

Podziwiam ludzi, którzy każdego dnia są uśmiechnięci i potrafią być zwyczajnie wdzięczni z tego co mają. Bo najważniejsze jest cieszyć się z tak po prostu, z tego co mamy i zarażać innych tą radością :)

A czym dla Was jest szczęście??

I co chcesz żebym teraz zrobił?

Dzisiaj będzie trochę narzekania. Niestety ale inaczej się nie da :)

Tak jak pisałam wczoraj trochę mnie rozłożyło. O poranku, zamiast jak zwykle obudzić się na dźwięk budzika, mnie obudził mój własny kaszel. I skubany trzymał przez chwilę. Walka była wyrównana, aż w końcu odniosłam zwycięstwo. Ale postanowiłam, że tego już za wiele. Czas by wyruszyć do lekarza po pomoc. I jak pomyślałam tak tez zrobiłam.

W przychodniu po prawie 2 godzinach oczekiwania (jeszcze nie tak źle :) ) zostałam wezwana do gabinetu. Ostatni raz odwiedziłam to miejsce około 2 lata temu i wcale mi się tu nie spieszyło, ale cóż, jak trzeba to trzeba.

Wchodzę z szerokim uśmiechem, w typie jak miło mi pana widzieć, kiedy nagle jak zacznę „szczekać” na zmianę z „warczeniem”…. Myślałam że płuca wypluję. Gdy już udało mi się opanować atak i usiąść z resztkami uśmiechu przed lekarzem, który okazał się być typu (jak ja to nazywam) pakistańskiego, pan doktor zapytał w czym może mi pomóc. Myślałam, że nieplanowany atak kaszlu już mu coś powie, ale postanowiłam przedstawić spokojnie wszystkie fakty (oczywiście ze szczegółami). Bo to chyba o to chodzi :)

Po moim 3 minutowym monologu, pan doktor z niezidentyfikowanym uśmiechem zadał pytanie, które zbiło mnie z tropu, a mianowicie: „I co pani chce żebym zrobił?”

Przez chwilę zaniemówiłam, a szczęka mi opadła. Gdy już się pozbierałam w sobie i zapytałam co ma na myśli, on powtórzył to samo pytanie jeszcze raz i z wyczekiwaniem spojrzał na mnie. Może moja odpowiedź była trochę wredna, ale chyba po przyjściu do lekarza wymagamy, żeby wiedział co robić, a przynajmniej nie zadawał tak niedorzecznych pytań.

- To teraz ja zadam pytanie. Które z nas w tym gabinecie jest lekarzem: ja czy ty? Ja przedstawiłam objawy jakie mam, teraz chyba wypadałoby mnie zbadać, osłuchać, w razie potrzeby wypisać jakieś tabletki?

Po czym pan doktor ze stale przyklejonym uśmiechem rozpoczął badania (temperatura, gardło, osłuchiwanie). Chyba jeszcze nigdy nie czułam się u lekarza tak dziwnie. Nawet nie jestem w stanie tego opisać. Komfortowe na pewno to nie było.

Gdy już skończył, kiwając głową z tym samym uśmiechem zaczął swój monolog:

- No cóż. Temperatura w normie, gardło czerwone, węzły chłonne trochę powiększone, doctor-161345__180flegma natomiast znajduję się ( i tutaj zaczął zataczać kręgi wokół splotu) tutaj. Tego oczywiście nie jesteśmy w stanie zobaczyć, ale jako lekarz mogę to stwierdzić (co to niby miało być????). Zalecam zakupienie paracetamolu,a poza samo przejdzie za jakiś tydzień. Dziękuję.

???????

Szczerze mówiąc poczułam się jak idiotka. Może skromnością nie będę teraz grzeszyć, ale uważam się raczej za inteligentnego człowieka. Nieraz już miałam podobną sytuację przy spotkaniu z mężczyznami typu pakistańskiego, że traktowali mnie jakbym była pozbawiona rozumu, a także czymś gorszym. Czasem było to opryskliwe, a czasem takie trochę pobłażliwe – coś jak do dziecka (do dziś się zastanawiam który z tych sposobów jest bardziej irytujący).

W niemym szoku kiwnęłam głową i zbierając moją szczękę z podłogi wyszłam bez słowa. W końcu to nie ja jestem lekarzem prawda? Ale to było co najmniej dziwne. Wiedziałam że chodzenie do lekarza to tylko strata czasu, ale to mnie zszokowało totalnie.

Może jestem zbyt wymagająca, ale szczerze mówiąc taką diagnozę mogłam postawić sobie sama, a do paracetamolu dodałabym jeszcze pastylki na gardło albo syrop na kaszel i witaminę C. Ale ja nie jestem lekarzem. a następnym razem wybiorę się do takowego jak będę totalnie umierająca.

Tak właśnie dzisiaj straciłam trzy godziny mojego cennego czasu i trochę nerwów. Dzień jak zwykle pełen wrażeń….

PS. Tak wiem, że znowu się czepiam. A dla tych, którzy właśnie tak pomyślą – postawcie się na moim miejscu, a później poproszę o komentarz :)

W ostatni dzień mojego życia…

I przyszedł ten czas kiedy mam chwilę, żeby coś napisać…

Już trochę minęło od ostatniego wpisu, ale nigdy nie przypuszczałam, że szkoła, praca, pisanie zaliczeń w domu i oczywiście zajmowanie się domem, może pochłaniać aż tyle czasu. Ale cóż :) Trzeba się było rozchorować, żeby znaleźć chwilę :)

A co do chorowania. Leżałam pod kocykiem dzisiaj oglądając film za filmem, gdy w którymś momencie zebrało mi się na przemyślenia.

Zastanawialiście się Kochani kiedyś co byście zrobili gdybyście się dowiedzieli któregoś ranka, że jest to ostatni dzień waszego życia? Jak chcielibyście go spędzić? I z kim? Czy byłoby to coś szalonego czy raczej spokojny dzień w gronie najbliższych?

Wszyscy zdajemy sobie sprawę z uciekającego czasu. Pytanie tylko brzmi jak go wykorzystujemy? Prawda jest taka, że nikt nie zna dnia ani godziny. Nie chcę tu smęcić, bo nie o to chodzi, ale czy wstając rano wiemy czy właśnie ten dzień nie będzie tym ostatnim? Do czego więc dążę? Czy nie warto byłoby więc spróbować traktować każdy dzień właśnie tak jakby był tym ostatnim, szanować każdą minutę jakby następnej miało nie być? Carpe diem (poezja Horacego)- chwytaj dzień – szanujmy to co mamy, szanujmy każdą sekundę, nie marnując czasu. Bo przecież życie jest piękne! Trzeba to tylko zauważyć i nauczyć się żyć.

Nie bez powodu napisałam NAUCZYĆ SIĘ żyć. Każdy z nas żyje, ale czy każdy z nas umie żyć? Bo życie to sztuka, jedna z najtrudniejszych do opanowania. Niektórym potrzeba lat by zdobyć tę umiejętność, inni się z nią rodzą, a jeszcze inni nigdy tego nie doświadczają.

Wiecie ktoś mi kiedyś powiedział: „Chciałbym(chciałabym) tak żyć, żeby jak dożyję starości, usiąść na bujanym fotelu i zapadając w drzemkę stwierdzić, że zrobiłem/am w życiu wszystko co zrobić chciałem/am i niczego nie żałuję.”  I te słowa stały się moim mottem. A druga sprawa muszę mieć o czym opowiadać wnukom :)

 

Czymże byłoby życie bez marzeń??

Widziałam kiedyś filmik w internecie albo czytałam historyjkę bezdomnego pijaczka, nie pamiętam dokładnie co to było. Zapytany o marzenia odparł:
- Chciałbym przestać pić i mieć dach nad głową i pracę.
- To czemu nic pan z tym nie robi? Czemu pan dalej tu siedzi?
- A o czym ja wtedy będę marzył? – odpowiedział ze śmiechem.

Znając życie coś pewnie pomieszałam, ale chodzi mi o ostatnie zdanie.

Znam kilkoro ludzi, którzy mają marzenia, jedne bardziej, drugie mniej osiągalne, ale nic nie robią by stały się rzeczywistością. Niektórzy długi czas próbowali i uznali to za niemożliwe, inni obawiają się, że kiedy im się to uda, nie zostanie im już nic do osiągnięcia, może nie być nic czego będą jeszcze pragnąć, celu do którego mogliby dążyć.

Czy naprawdę tak jest? Czy jest to może również nasz brak motywacji i pewnego rodzaju wygoda? Bo przecież czasami łatwiej narzekać, że się czegoś nie da osiągnąć, że to nie jest dla nas i pozostanie tylko marzeniem oraz że przecież my dajemy z siebie wszystko i cały czas próbujemy ale nic z tego nie wychodzi… Czy poza oszukiwaniem innych, nie oszukujemy samych siebie? Czasem żeby zagłuszyć żal i zwątpienie, powtarzamy sobie to tyle razy, że sami zaczynamy w to wierzyć. A w ostateczności rezygnujemy, wypalamy się, wmawiając sobie, że to co mamy całkowicie nam wystarcza. I tylko czasami, gdy drzwi, za którymi zamknęliśmy nasze najgłębsze pragnienia delikatnie się uchylą, w momencie chwilowego zapomnienia, cichutki głos żalu przypomni nam o tym.

Pewna pielęgniarka powiedziała kiedyś do mnie, że bardzo chciała być mechanikiem samochodowym. Jej mama postanowiła jednak za nią i tak pracuje teraz w szpitalu od wielu lat. Jest dawno po ślubie, dzieci są już dorosłe, a ona swoje małe marzenie dawno zamknęła za drzwiami z napisem „nieosiągalne”. Bo przecież już za późno. Tylko pytanie brzmi: czy przez te lata zmieniło się wszystko i bycie mechanikiem pozostało młodzieńczym marzeniem, które nie zostało zrealizowane, czy też jest to wygodna wersja dla wewnętrznego ja? Nikt nie każe jej zostać teraz mechanikiem ale czy satysfakcjonujące nie byłoby uzyskanie wiedzy w tym temacie dla samej siebie i umiejętność naprawienia pewnych rzeczy we własnym aucie? Czy nie dałoby to poczucia spełnienia?

Chcieć to móc. A co za tym idzie nigdy nie rezygnować, bo życie wtedy przestaje być font-326357__180życiem. Staje się wegetacją.

Spełniajmy marzenia, osiągajmy cele i wyznaczajmy sobie nowe. Żyjmy pełnią życia i bierzmy z niego garściami. A najważniejsze nie przestawajmy marzyć bo czymże byłoby życie bez marzeń…??

 

Decyzje, decyzje i pozytywne myślenie…

Czy łatwo jest nam podejmować decyzję? Czerwone czy białe? Miłość czy kariera? Proste: tak czy nie? Jak trudne czasami to bywa?

Dwa tygodnie temu po raz pierwszy obejrzałam „Efekt motyla”.  Pewnie wielu pomyśli: „Dziewczyno! Jakim cudem dopiero teraz?” Ale niestety bywa i tak…

Wracając jednak do tematu. Ci którzy widzieli może się ze mną zgodzą, że film daje do myślenia. A na pewno, i bez obejrzenia go, zastanawiacie się czasem jak bardzo zmieniłoby się Wasze życie, gdyby było możliwe cofnięcie się w czasie i zmiana niektórych wydarzeń, podjętych decyzji.  Jak wtedy wyglądałoby wszystko?

Kilka dni temu, pijąc popołudniową kawę, sama zaczęłam się zastanawiać jak wiele options-73332__180rzeczy by się zmieniło i gdzie byłabym teraz gdybym dokonała innych wyborów kilka lat wstecz.

Mam kilkoro znajomych , od których dość często słyszę: „Gdyby nie ta sytuacja…”, „Jakbym zrobiła to tak i tak…” i najważniejsze, a także najpopularniejsze: „Co by było gdyby…?”  A później jest kolejne pytanie: „Dlaczego dalej jest wszystko do d…??”

To prawda! Jesteśmy kowalami własnego losu, więc jak sobie pościelimy , tak się wyśpimy. Czasem pierwsza myśl jest właśnie najlepsza. Spontaniczna i pochodząca prosto… No właśnie skąd? Skądkolwiek by jednak nie była może być tą najbardziej odpowiednią. A skoro już podjęliśmy te decyzje i są one przeszłością to nie warto się zastanawiać nad tym co było. I tak tego nie zmienimy… Ważne jest to co teraz i co później.

Dlaczego niektórzy nie potrafią ułożyć sobie życia(nie mówię oczywiście o wszystkich)? Często są to osoby, które cały czas analizują to co już minęło nie zastanawiając się nad dniem aktualnym i jutrem. Skutkuje to w kolejnych źle podjętych decyzjach, które znowu należy przecież przemyśleć.  I tak też koło się zamyka. Nie czasu na teraźniejszość, bo przeszłość wypełnia go całkowicie.  I dlatego pojawia się to pytanie: „Co robię nie tak, że dalej stoję w miejscu?”

Odpowiedź jest prosta: Rusz się! Zrób krok do przodu, zamiast cały czas tkwić 2 kroki w tyle. I uśmiechnij się: zawsze może być gorzej… 

Znalazła sposób na więcej wolnej przestrzeni

Lato już może przeminęło, ale podczas ostatniej rozmowy z koleżanką na temat polskich autobusów i transportu miejskiego, powróciło do mnie pewne wspomnienie.
O ile dobrze pamiętam to było dobrych kilka lat temu. W moim rodzinnym mieście trwał „remont” (to chyba dobre słowo) szyn tramwajowych. Z tego powodu aby transport mógł dalej przebiegać sprawnie (o ile można tak powiedzieć o publicznej komunikacji w owej miejscowości) podstawiono autobusy w zastępstwo tramwajów.
Był to jeden z upalnych dni lata. Jak można więc sobie wyobrazić przemieszczanie się autobusem równało się z piekłem. Postanowiłam wybrać się wtedy do centrum miasta na zakupy (nie wiem co mnie wtedy podkusiło). Po dość długim oczekiwaniu mój środek transportu pojawił się. Wsiadłam i zajęłam miejsce stojące przy oknie. Autobus nie był dzięki Bogu przeładowany, ale ludzi mimo wszystko było dość wielu. Po przejechaniu kilku przystanków do school-bus-147778__180uszu moich doszło narzekanie dwóch starszych kobiet, siedzących kawałek przede mną, na upały, kierowcę, korki panujące w mieście i ilość ludzi w autobusie. Po kilku chwilach przestałam słuchać o czym mówią i powróciłam do planowania w głowie sprawnych zakupów.
Z rozmyślań wyrwała mnie cisza, która, jak mi się wydawało, zapadła zupełnie nagle. Zaczęłam rozglądać się po autobusie w celu ustalenia czy może starsze panie wysiadły. Zlokalizowałam jedną z nich stojącą przy otwartych w tym momencie drzwiach, gdyż zatrzymaliśmy się na przystanku. Pomyślałam, że kobitka może chciała się trochę przewietrzyć, powdychać powietrza z zewnątrz, gdy dosłownie kilka sekund później szczęka mi opadła po tym co się stało.
Jak się w ostateczności okazało, starsza pani wcale nie relaksowała się przy drzwiach, a szykowała się do ataku. Na przystanku do autobusu wsiadło dwóch młodych chłopców i stanęli przy drzwiach. Starsza pani natomiast znalazła sposób na zrobienie więcej wolnej przestrzeni w autobusie i tuż przed zamknięciem się drzwi wyczekując na odpowiedni moment, żeby nie mieli czasu wskoczyć z powrotem, wypchnęła obydwóch na zewnątrz.
Ludzie podróżujący z nami byli w takim szoku, że nikt przez chwilę nie zareagował. Po kilku (a może kilkunastu) sekundach padło pytanie czy ktoś widział czy nic im się nie stało. Odpowiedział ktoś inny, że są cali i zdrowi i wtedy zaczęła się wojna. Pani ze stoickim spokojem stwierdziła, że było jej za gorąco, a chłopcy młodzi to mogą poczekać na następny. Za późno było na zatrzymywanie autobusu, bo szok jednak chwilkę trwał.
Dość ostra wymiana zdań ciągnęła się do przystanku, na którym wysiadałam i jak mogę przypuszczać jeszcze jakiś czas.
Szczerze mówiąc coś takiego widziałam po raz pierwszy, a szok i niedowierzanie długo mi jeszcze towarzyszyły.
A wy kochani spotkaliście się kiedyś z czymś podobnym?

Może powróżyć?

Oj ostatni tydzień był jednym z cięższych. Miliard rzeczy do zrobienia, a doba ma niestety tylko 24 godziny. Ale jakoś przetrwałam. :) Sprawy ważne załatwione, te mniej ważne również i kilka dni błogiego spokoju, pomijając wciąż trwające poszukiwania pracy:)
Kilka dni temu przeglądając wiadomości na internecie rzucił mi się w oczy króciutki artykuł. Szczerze mówiąc nie wiem jak dawno sytuacja ta miała miejsce, ale długo jeszcze po przeczytaniu go siedziałam w lekkim szoku. Ale do sedna…
Dwie studentki w centrum Bytomia zostały zaczepione przez ciężarną wróżbitkę. Kobieta zaproponowała im wywróżenie przyszłości. Obie chętnie się zgodziły. Żeby zobaczyć lepiej przyszłość (czy, jak podaje inne źródło, wróżba się spełniła) potrzebne były osobiste rzeczy obydwu pań. Jedna z dziewczyn dała złoty pierścionek, druga natomiast 10 złotych. 
Wróżbitka po otrzymaniu przedmiotów postanowiła się oddalić, obiecując, że rzeczy wrócą magicznie do studentek za 30 minut. Jedyne co trzeba zrobić to dmuchnąć w torebkę.
Jak się oczywiście można domyślić dmuchanie nic nie dało, a po owej kobiecie z nadzwyczajną mocą nie było śladu.
Mając niebywałe szczęście jedna ze studentek kilka dni później rozpoznała oszustkę w centrum miasta i zawiadomiła straż miejską. W ostateczności dziewczyny odzyskały swoje rzeczy.
Gdy pierwszy szok już minął i zaczęłam analizować to co przeczytałam ogarnął mnie niepowstrzymany śmiech, jak wyobraziłam sobie dwie dziewczyny w centrum miasta dmuchające uparcie w torebki i z nadzieją zaglądające do środka.
I teraz kochani odpowiedzcie mi na jedno pytanie: Jak można zachować się tak bezmyślnie?